wojda-79-086Zapraszamy do lektury tekstu Wiceprezesa FRDL Jerzego Stępnia, który 2 czerwca ukazał się w "Dzienniku Gazecie Prawnej".
W „Kalendarium niepodległości", specjalnym wydaniu „Newswe-eka" na ostatnie ćwierćwiecze, zabrakło w 1990 r. wyborów gminnych z 27 maja. Poprzedziło je o blisko trzy miesiące uchwalenie ustaw o wprowadzeniu do naszego porządku ustrojowego samorządu terytorialnego - również pominięte w tym przeglądzie wydarzeń. Tego można było nie dostrzec, ostatecznie to tylko ustawy, które ciałem miały się stać dopiero za jakiś czas. Ale przegapić pierwsze naprawdę wolne wybory w Polsce od lat 30.? Autorzy „Kalendarium" zauważyli natomiast w tymże 1990 r. likwidację cenzury, jakby miała ona już jakiekolwiek znaczenie po 4 czerwca 1989 r. Czyżby cenzorzy szaleli aż do kwietnia 1990 r., czyli do daty uchylenia ustawy o cenzurze? Rozumiem, że dla dziennikarzy uchylenie ustawy o cenzurze miało jakiś sens - choć raczej już tylko symboliczny, ale tak naprawdę - kto się nią jeszcze wtedy przejmował poza likwidatorem tego urzędu. Wybory samorządowe otwierały natomiast całkowicie nową epokę w życiu naszego państwa, przełamując kilka dotychczasowych jego monopoli Cytuję za profesorem Jerzym Regulskim: monopol jednolitych organów władzy państwowej, monopol budżetu państwa (gminy otrzymały odrębne budżety i samodzielność finansową), monopol własności państwowej (powstała olbrzymia przestrzeń mienia komunalnego), przełamano w końcu monopol partii rządzącej z przystawkami, oddając w pełni po raz pierwszy po wojnie dopiero poprzez te wybory głos samym obywatelom. Dodajmy do tego koniec monopoli dotychczasowych urzędników państwowych z całymi systemem nomenklatury. To mało? Z punktu widzenia całości ustroju państwa? Co więcej, była to pierwsza całkowicie zaplanowana i wdrożona reforma ustrojowa obozu solidarnościowego, nad którą pracowano konsekwentnie wiele lat wcześniej i dla której wybrano optymalny moment wprowadzenia. Przy całym szacunku dla epokowych dokonań Leszka Balcerowicza, pamiętać musimy przecież o reformach Wilczka/Rakowskiego, które - notabene gdyby nie śmiałe korekty rządu Mazowieckiego - oddałyby nas na lata w ręce miejscowych oligarchów. Dziś wymyśla się Balcerowiczowi od chicagowskich neolibera-łów, nie zauważając, że Rakowski podkpiwał z Okrągłego Stołu, obiecując „stół suto zastawiony". Gdyby nie ten „zdradziecki okrągły stół" i wybory czerwcowe, a w ich następstwie powołanie rządu Mazowieckiego, mielibyśmy niebawem z dwudziestu rodzimych oligarchów, którzy błyskawicznie rozdzieliliby pomiędzy siebie majątek przedsiębiorstw państwowych, zachowując na lata władzę polityczną, a przynajmniej potężne na politykę wpływy. Iglo-opol Brzostowskiego czy kielecki Exbud Zaraski są tu doskonałymi przykładami. Niewiele różniliśmy się od Ukrainy w 1989 r. - mieliśmy nawet niższy wtedy PKB niż ona. Gdzie gwarancja, że bez wyborów czerwcowych, a w rok później samorządowych, bylibyśmy tu, gdzie jesteśmy? Ukraińcy dopiero teraz zrozumieli, że polski model samorządności terytorialnej może być sposobem na walkę z korupcją i oligarchami. Ale trochę ich ta nauka jednak kosztowała. Co zatem mogło sprawić, że sami zapominamy tak kompletnie o początkach samorządu w Polsce? Bo przecież nie dziennikarska ignorancja. Sądzę, że były co najmniej dwie tego istotne przyczyny: być może nauczyliśmy się już samorządem oddychać tak mimowolnie jak powietrzem i z tego powodu moglibyśmy zauważyć co najwyżej jego brak, ale nie trwałą już obecność. Ale jest jeszcze co najmniej drugi istotny powód: mentalność społeczeństwa wychowanego w silnie scentralizowanym państwie. Mamy mentalność warszawocentryczną. Jest władza, król, co niżej, to się nie liczy Wszystko, co ważne, może się dziać tylko w Warszawie. Takim duchem przeniknięte są właściwie całe nasze media - szczególnie elektroniczne. Zaskakujące jest to skupienie uwagi na stolicy, z niemal całkowitym pominięciem perspektywy nie tylko samorządowej, lecz także europejskiej, czego dowodzi kampania wyborcza do Parlamentu Europejskiego. Państwo to taki twór z głową, rękami (np. zbrojne ramię narodu), a gdzieś tam na dole podnóżkowie króla jegomości, czyli chłopi, lud - co prawda użyteczny, ale niech tam sobie za wiele nie myślL Od myślenia jesteśmy my na górze. Całkiem jak w średniowiecznych opisach Jana z Salisbury, na którym wychował się nasz mistrz Wincenty, zwany Kadłubkiem. Swoją drogą taką wizję państwa miała także nasza Konstytucja 3 maja i chyba z takiego powodu ostatecznie nie miała w decydującym momencie za wielu obrońców. Król jest ważny, czyli władza centralna, a wszystko co poza, już zdecydowanie mniej. Jeśli zatem ja, redaktor prasy centralnej (sic!), miałbym zajmować się jakimś interiorem, to tym samym dowiódłbym, że jestem poniżej poziomu „króla". Zdecydowanie lepiej więc pisać i mówić w nieskończoność o życiu prywatnym „urzędników królewskich" niż o sprawach publicznych w powiecie, województwie czy gminie, a choćby o Polsce, ale z tej właśnie perspektywy. Czy coś się u nas zmieni pod tym względem po następnym ćwierćwieczu? Mam nadzieję - ale czy dożyję?